Jadąc na północ Kalifornii Wadyń chciał koniecznie zobaczyć San Francisco, a ja po obejrzeniu świetnego dokumentu na Netfliksie o „Buntownikach na Krawędzi”, koniecznie musiałam przyjechać do Yosemite. Długo zabierałam się do opisania tego miejsca. Ten Park jest jak z pocztówki i rzeczywistość naprawdę nie oszukuje. Znany jest ze swoich wodospadów, które w okresie wiosennym nabierają na sile i w czasie topnienia zimowego śniegu potrafią pojawić się nawet w najmniej oczekiwanym miejscu.
Po opuszczeniu San Francisco, Yosemite było celem nadrzędnym. Trasa z wybrzeża w stronę gór Sierra Nevada jest łatwa i przyjemna. W tym pięknym miejscu można się znaleść w jakieś 3h. Dziękować władzom Amerykańskim za ustanowienie parku narodowego w tym rejonie. Na każdym kroku widać doskonałe zarządzanie i dbanie o to, żeby miliony turystów (w tym też my) przyjechały, zobaczyły i doświadczyły, ale nie zniszczył cudownego Parku Yosemite. Nam się tak spodobało, że zostaliśmy nawet, na jednym z kempingów, na noc.



























































