Miało być pięknie. Wyjeżdżamy z Los Angeles popołudniu, nocujemy na kempingu w Pismo Beach i dalej już najładniejszą drogą w całych Stanach Zjednoczonych wzdłuż Oceanu Spokojnego do San Francisco. Oczywiście jak zawsze z moimi planami bywa, pogoda komplikuje sprawy.
Pierwsza noc w namiocie, a tu deszcz nad ranem i gęsta mogła. A mówią, że w Kalifornii zawsze świeci słońce. Do tego kłopoty z załatwieniem zdalnego internetu, żeby móc korzystać z GPS. Pół dnia spędzamy w Pismo Beach, żeby wszystko załatwić tak żeby wszystko działało sprawnie. O tym jak uniknąć naszych błędów w biurokracji amerykański telefonii komórkowych opowiem w zbiorczym poście z poradami na koniec wyjazdu.
W końcu ruszamy, ale mgła nie odpuszcza. Pomimo tego, Zazu ma sporo zabawy na plaży. W Morro Bay jesteśmy sami, więc rysujemy sobie na piasku i gramy w klasy. Do tego dochodzi też obserwacja małych mieszkańców okolicy.
Jeśli chodzi o podglądanie zwierząt, to zatrzymujemy się tuż za San Simeon na plaży, gdzie Słonie Morskie upodobały sobie ten teren na wylegiwanie
Niestety chwilę dalej, kiedy liczymy już na rozwinięcie trasy na terenach Big Sur, okazuje się że droga jest zamknięta, a my musimy zawrócić i ominąć góry Santa Lucia dokładając sobie 3 godziny do drogi. Postanawiamy nie rezygnować z obejrzenia mostu Bixby Creek i nocujemy w Moneteray licząc na lepszą pogodę i oglądanie wielorybów. Pogoda w mieście nie ustępuje, ale po dotarciu do mostu wychodzi piękne słońce. Chyba medytacje Wadynia i Zazu pomogły ;)


Pingback: San Francisco | owadybezo