Siem Reap nieodłącznie związane jest ze świątyniami Angkoru, bo to dzięki świetności całego kompleksu pozostałości po państwie Khmerów i przede wszystkim samemu Angkor Wat, to miasto się rozwinęło. Wszystkie przewodniki i blogi rozpisują się o piękności i konieczność zobaczenia wschodu słońca nad Angkor Wat. Problem jak to zrobić, przecież wstać o 4 rano (jak ja jestem wielkim śpiochem), w ciemności pędzić tuk tukiem do kasy po bilety (które od tego roku nie są sprzedawana w tym samym miejscu co brama do kompleksu), później szybciutko ustawić się w najlepszej miejscówce do zdjęcia, a na koniec w piekącym słońcu z całym tłumem ludzi zwiedzać zakamarki świątyni, i to wszystko z małym dzieckiem w boku. My postawiliśmy na nieco inne rozwiązanie, co okazało się planem doskonałym i zobaczyliśmy Angkor Wat 2 razy.
Zamiast zrywać się z rana i z wywieszonym językiem biegać po świątyniach, pierwszego dnia postanowiliśmy do popołudnia powygłupiać się trochę w basenie w hotelu (w którym praktycznie cały czas byliśmy sami), odwiedzić targ i poszwendać się po mieście, żeby po godzinie 16 kupić bilety jednodniowe na następny dzień i przy okazji zobaczyć zachód słońca w wymarzonym Angkor Wat.




















































