
Położone na dalekiej laotanskiej północy i zdala od głównego turystycznego szlaku, między granicą z Wietnamem, a chińskim Yunnanem. To najchłodniejsze miejsce w tym kraju i zdecydowanie przesiąknięte wpływami swojego pólnocnego sąsiada.




























Pobudka rano w tym deszczowym i zimnym mieście na północy oznacza 9 rano bo o tej porze dopiero wszystko się otwiera. O bułeczkach na śniadanie nie ma co myśleć, bo pieczywo jest dopiero o 14. Za to pyszne kiełbaski, smażone na głębokim tłuszczu u pani Chinki na starym mieście, smakują wyśmienicie.
Po śniadaniu chcieliśmy zorganizować sobie jakaś wyprawę trekkingowa w biurze podroży, ale okazało się, że jest za zimno, za deszczowo, albo nie ma przewodnika. Są dwie wycieczki jedno dniowe, na które możemy wybrać się sami.
Dziś wybraliśmy się na miejscowa górę jakieś 1640 metrów. Deszcz nie stanowił dla nas przeszkody. W jakoś godzinę dostaliśmy się na szczyt, co trochę nas rozczarowało, bo nie zdążyliśmy się nawet zmęczyć żeby poczuć prawdziwy trekking, a widoczność na górze była zerowa i czuliśmy się jak w chmurach.
Wracając zaszliśmy do panów grających w bule (jedna z najpopularniejszych rozrywek w Laosie).

