
O 13.00 mieliśmy autobus z Chiang Mai do Chiang Khong. Jo Jo, właściciel gust house („Chada’s house”) w którym mieszkaliśmy przez dwa dni, załatwił nam bilety i jeszcze tuk tuka który dowiózł nas na dworzec autobusowy. Autobus w miarę normalny z klimatyzacją.(350 batów). Jak na Tajlandię bardzo mało turystów: my, Christine z San Francisco, Jhonny z Irlandii i dwóch francuzów – Arthur i Thomas. Autobus dociera do miasteczka na granicy na 21. Na przystanku jedna pani oferuje nam korzystne ceny, takie same jak mielimy u Jo Jo w Chiang Mai.
Wszyscy razem zgadzamy się na to. niestety warunki nie są zbyt fajne. Z wierzchu wszystko wygląda ładnie i klimatycznie. Fajny domek położony nad samym Mekongiem. Niestety nasz pokój nie grzeszy czystością. W drzwiach są szpary przez które przelatują komary, moskitier jest niezbędna, a w łazience jest mega wielki gekon i ropucha przy toalecie. Zjadamy kolacje lna miejscu, wymieniamy doświadczenia z Francuzami i Irlandczykiem. Oczywiście wszyscy kojarzą Polskę z tym że się dużo pije i nasz prezydent zginał w katastrofie lotniczej. Spanie nie należy do najprzyjemniejszych. Ale chociaż jest chłodno.









Rano oglądamy Mekong o wschodzie słońca, jemy śniadanie (omlet z owocami za 60 batów i herbata 20 batów. Przyjeżdżamy do granicy, dostajemy pieczątkę tajska, przepływamy Mekong slow boatem za 40 batów. Po drugiej stronie, Laotańskiej, załatwiamy wizę. Polska okazuje się najtańsza 30USD, irlandzka i amerykańska 35 USD. Szukamy transportu do Lunh Namtha.. Każdy oferuje jakieś dziwne koszty i okazuje się, że w centrum tego miasta mogą jeździć tylko tuk tuki, dlatego nasz bus może zatrzymać się tylko na dworcu. Cena za trasę Chiang Khong – Louang Nam Tha – 250 batów za osobę.

