
Ta karaibska mieścina jest tak wyluzowana i leniwa, że nie można się nadziwić, że był to kiedyś największy hiszpański port w Ameryce Środkowej. Muły kiedyś nosiły peruwiański złoto i orientalne skarby do Panama City przez twierdze Portobelo. Chociaż korsarze angielscy zniszczyli je kilka razy w swojej historii, wiele z tych fortec kolonialnych wciąż stoi. Dziś mieszkańcy Portobelo żyją z rybołówstwa, uprawy roślin lub hodowli zwierząt.
Przed wyjazdem sprawdzaliśmy co można zobaczyć po drodze między północą, a południem. Portobelo okazało się historycznie najbardziej istotnym miejscem w tej okolicy. W końcu ruiny fortyfikacji wraz z fortem San Lorenzo wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jednak na miejscu rzeczywistość jest nieco inna. Owszem ruiny są ciekawe, ale malutkie, takie na 5 minut zwiedzania. Samo miasto to malutka mieścina z 3 ulicami na krzyż. Siatka hotelowa i restauracyjna jest bardzo uboga. Tylko jedna restauracja jest otwarta po 18 (El Castillo), choć trzeba przyznać, że jedzenie serwują wyśmienite.
Wydaje się, że większość turystów pojawia się tu za dnia, żeby nurkować w okolicznej rafie i wieczorami wyjeżdżają do Panama City. A sąsiedztwo bardzo zniszczonego, zaśmieconego i owianego złą sławą Colón na pewno nie pomaga.






























Po całej wycieczce stwierdziliśmy, że można było sobie to miejsce odpuścić. Choć są w Portobelo pewne smaczki, jak nasza śniadaniowa restauracja, Las Anclas, z mnóstwem morskich gadżetów na ścianach.


