Porto to górzyste miasto usytuowane nad rzeką Douro i trzy najbardziej rozpoznawalne dzielnice Riberia, Baixa i Foz. To ta ostatnia stała się celem naszego pierwszego spaceru i pomimo opinii o luksusowych osiedlach z widokiem na piękny ocean, znajdujemy w niej liczne klimatyczne kamienice na malutkich uliczkach wraz z morską bryzą.
















Na lotnisku Oporto wylądowaliśmy o północy. Zuza zdrzemneła się 3h w samolocie z Berlina. Zachwycając się pełnym lotniskiem zaparkowanych samolotów, nawet nie zauważyła, że to środek nocy. Taksówka do hotelu, jakieś 15 minut drogi, gdzie już czekał na nas przytulny pokój z łóżeczkiem dla Zuzy i wyczekany sen.
Rano zjedliśmy szybkie hotelowe śniadanie i jak najprędzej udaliśmy się na zwiedzanie. Nasz hotel (HF Ipanema Park) położony jest mniej więcej w połowie drogi między zabytkowym centrum miasta, a wybrzeżem oceanu. Żeby poczuć klimat wakacji, to właśnie tę drugą opcję wybraliśmy jako pierwszy cel.
Z hotelu mamy prostą drogę w dół do nabrzeża rzeki Duero. Jak to każdego pierwszego dnia podróży, staramy się zoorientować w najbliższej okolicy. Gdzie jest sklep, apteka, restauracja itp.. Niepozorną osiedlową ulicą, pomiędzy blokami i cudnymi kamienicami, docieramy do rzeki. Jej nabrzeże jest doskonale przygotowane do aktywnego jak i leniwego wypoczynku. Szeroki chodnik wraz ze ścieźką rowerową, mnóstwo ławeczek i stolików z krzesełkami. Rano spotykamy biegaczy, rowerzystów, starsze panie ucinające pogaduszki na ławeczkach i wędkarzy przesiadujących ma nabrzeżu.
Tuż przy ujściu rzeki do oceanu znajduje się punkt skupu ryb i owoców morza i to na przeciwko niego, w jednej z ropadających się kamienic znajdujemy cudną knajpkę na obiad. Ciężko to nazwać restauracją, bo to tylko 4 stoliki wystawione przed niepozornym barem, który nie ma nawet nazwy, ale przyciąga uwagę rodzinną atmosferą. W zależności od dostawy podają 4 rodzaje dań z grilla, głównie ryby z dodatkiem ziemniaków z wody i prostej sałatki z pomidorów, cebuli i ogórków. Ja jestem zdecydowana na kalmary, ale Michał jak zwykle kręci nosem. Przemiła Pani, która nas obsługuje, na hasło że on „nie przepada za rybami, a do tego nie jada warzyw” znika na moment i po chwili wraca z informacją, że na górze w mieszkaniu ma wieprzowinę i może mu ją przyrządzić na grillu. Pisałam już o tej przecudnej rodzinnej atmosferze prawda ? :)
Zuza w trakcie obiadu nawiązuje kontakt z niewiele od niej starszym synkiem właścicielki. Jest tak miło że cięźko się żegnać… a co jadła Zazu – trochę ziemniaków ode mnie, trochę mięsa od taty, a na koniec jeszcze wynegocjowała wodnego loda.
Po obiedzie już tylko latarnia morska, plaża, ocean i 2h powrót pod górę.

Pingback: Jak znajdujemy czas na to wszystko? | owadybezo