
Niepisana stolica dalekiej tajskiej Północy, i wcale nie jest takim małym, jak mogłoby się niektórym wydawać, górskim miastem. Tutejsze góry nie leżą tak blisko, by rzucać cień na centrum miasta, ale klimatycznie pojawiają się na horyzoncie w oddali, jednak, aby do nich dotrzeć, trzeba wybrać się na skuterową wycieczkę. Zdecydowanie najlepsze z miejsc jak do tej pory. Nawet spora liczba turystów, między licznymi świątyniami i klimatycznymi uliczkami, gdzieś niknie.
























Dojechaliśmy o 5 rano, co po informacji od pana z Guest Housu, w którym się zatrzymaliśmy nie jest jeszcze takim dużym spóźnieniem. Miast jakby wymarłe. Tylko trochę mnichów przemyka po ulicach zbierając datki od wiernych, w postaci pożywienia. Wilgotność jest mniej odczuwalna niż w BKK. Przechodzimy się trochę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś noclegu. Pijemy kawkę w McDonalds (to z przyzwyczajenia). Znajdujemy nocleg w Chada’s House. Cena 100 batów za osobę w pokoju czteroosobowym, łazienka prywatna, wifi za darmo (choć trochę powolne), a internat na kompie 15 batow. Wychodzimy na miasto ogarnąć co i jak, no i okazuje się wracamy po 8 godzinach, a jest dopiero 14, ja z bluzką i sukienką, no i generalnie wszyscy zadowoleni. Szybki prysznic i planujemy pójść coś zjeść i jakiś masaż. Szukając fajnej knajpki natrafiamy na świątynie w której zagaduje nas jeden mnich, który właśnie uczy się literatury angielskiej z 17 wieku i prosi nas o pomoc w rozumowaniu tekstu. Wychodzi na to że gadamy z nim ze 3 godz. i robimy się na tyle głodni ze postanawiamy się z nim umówić na następny dzień, a tym czasem cos zjeść.
Po przejściu przez mega duży niedzielny market uliczny, wracamy w rejon naszego Guest Housu i zjadamy pyszny makaron smażony z krewetkami za 35 batow =)

